yennyfer blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2003

Na nic nie mogę się zdecydować. W gruncie rzeczy to jestem uwiązana, brakuje mi tego pola swobody, a przecież ja chcę i tam i tu. To nie jest wiele… Przynajmniej ja tak to odczówam. I jak ja pomimo tego wszystkiego zachowuję dobre samopoczucie? Tak… Bywają gorsze, o wiele gorsze sytuacje…

Międzygalaktyczny statek wydostał się ze strefy Alfa 5. Kapitan poinformował załogę, by niezwłocznie zajęła miejsca i zapięła pasy, po czym znacznie przyspieszył prędkość lotu.
Czerwone światełko rzucało mdławy blask na kabinę Marka. Nie zwracał na to najmniejszej uwagi, pochłonięty studiowaniem map. Lekko uchyliłam stalowe drzwi. Nie chciałam dłużej milczeć. Musiałam go przeprosić za moje wczorajsze zachowanie.
-Marku…?- zagadnęłam.
-Nie teraz- powiedział, nie odrywając wzroku od kartki pokrytej niewyraźnym pismem.
-Co to jest/
-Co?- rzucił mi szybkie spojrzenie- To? Tylko…- statek począł niebezpiecznie schodzić w dół- Trzymaj się!- ujął mnie za ręce- Chyba mamy problem!
Nie, tylko nie teraz, pomyślałam i zamknęłam oczy.
Tumany pyłu i swąd spalenizny skutecznie mnie ocuciły. Obraz powoli stawał się coraz bardziej klarowny. W kącie, pod stertą opasłych tomisk, leżał nieprzytomny Marek. Doczołgałam się do radia. Zepsute. Przeklęłam siarczyście.
-Jest tu ktoś?! Pomocy, mam tu rannego człowieka!- cisza.
Kaszląc, na klęczkach dotarłam do drabinki, prowadzącej do wyjścia ewakuacyjnego. Bez trudu udało mi się je otworzyć. Powiew wiatru rozwiał mi włosy. Przymrużyłam oczy i spojrzałam na błękitne niebo. Pięć wielkich, świecących jaskrawym blaskiem kul wznosiło się nad łańcuchem gór, pokrytych zielonymi zaroślami. Ostrożnie zeskoczyłam na ziemię. Miękkie podłoże doskonale zamortyzowało mój skok. Nie, nie idź dalej przemknęło mi przez myśl, to obcy ląd, nie wiadomo, co będzie, gdy zrobisz jeszcze krok. Spojrzałam w prawo, w stronę czerwonawych drzew. Dostrzegłam czyjąś niewyraźną sylwetkę. Kapitan?! Skoro on się tam dostał i żyje… Popatrzyłam na czubki butów. Zgięłam nogę w kolanie. Uniosłam ją ponad ziemię, posunęłam do przodu i powoli opuściłam. Barwa podłoża nieznacznie zmieniła kolor oraz konsystencję. Nie zwracając na to najmniejszej uwagi, tak samo postąpiłam z drugim odnóżem. Tym razem ziemia zadrżała. Zachwiałam się. Krajobraz uległ zmianie. Na miejscu wzgórz pojawiły się potężne, czarne monolity zakończone szpicami. Niebo pociemniało. Ziemia rozstąpiła się. Zaczęłam spadać w dół i w dół…
Przeraźliwy pisk wdarł się przemocą do mojego mózgu. Otworzyłam oczy, niezbyt wiedząc, gdzie obecnie się znajduję. Zlokalizowałam źródło odgłosu, brutalnie kaleczącego moje bębenki. Ruchem ręki zrzuciłam budzik na ziemię. Rozbił się na kawałki. Włączyłam stojące nieopodal radio.
-Proszę państwa!- krzyczał jakiś mężczyzna- Teraz nastąpi specjalna transmisja!- chwila ciszy.
Spośród licznych zgrzytów i trzasków udało mi się usłyszeć- „ To mały krok dla człowieka, ale wielki krok dla ludzkości ” …
Praca z próbnego egzaminu by Yennyfer

…przebiega w od lat ten sam sposób. Rano pobudka, łyk cherbaty „na rozgrzewkę”, bieg do szkoły (bo przecież już tak późno), lekcja, przerwa, lekcja, przerwa…i tak dalej aż do wyznaczonej przez „nieomylne” grono pedagogiczne, godziny. Następnie obiad ( chyba, żę zje się go w szkole), chwila relaksu ( telewizja, komputer, Internet- „ogłupiacze”, których niesposób sobie odmówić), odrabianie zadań, nauka, jakieś zajęcia dodatkowe, kolacja, telewizja, książka, sen…I tak w kółko z przerwami w święta, soboty i niedziele. Powoli staję się automatem- Nie! Ja tak nie chcę! Jednak nawet to nas czegoś nauczy. Cieszenia się każdą chwilą, nawet wyjście na spacer staje się nieocenioną przyjemnością, a co dopiero jakaś dłuższa wycieczka i chociażby właśnie po to , wymyślono ową olacówkę oświaty. (pomijając oczywistą kwestię nauczania)Ona po prostu była jest i być będzie (na nieszczęście dla wszystkich „młodych” na świecie) Nie… znów mój tok myślenia sprowadza się do szkoły, to chyba przez ten widok z okna. Spoglądam w lewo- przedszkole w prawo- szkoła…Poprostu OSACZONA!

….Jedna ręka jest…O! I druga się znalazła ! Zaraz zaraz, a gdzie nogi…Matko kochana! Nie, uf, spokojnie, spokojnie sa i to w dodatku obie w stanie nienaruszonym. Reszta już jest, czyli, że jestem cała co nie znaczy bynajmniej, że żyję…. Jest puls, żyję, oddycham…

Jeszcze tylko jeden dzień i będzie sobota. Pojadę na narty, ale trzeba bedzie preczytac książkę do historii dla 2 i 3 klasy…Makabra…

Dlaczego?

2 komentarzy

I znów przyszedł czas na odłożenie różowych okularów na półkę gdzie ponownie pokryją się grubą warstwą kurzu, który zostanie strzepnięty dopiero w wakacje… Przyszedł czas na szarą rzeczywistość poprzecinaną coniegdzie jasniejącymi pasmami pozytywnych wydarzeń…

Dlaczego jest tak ciepło?
Dlaczego chodzę na angielski?
Dlaczego aby przeżyć trzeba jeść?
Dlaczego ksiązki Pratchetta są takie drogie?
Dlaczego muszę jeść mięso?
Dlaczego…?

Byłam dziś na lodowisku. Jachałam tam z zamiarem stania i gapienia się jak ludzie jeżdżą. Heh, dlaczego? Dlatego, bo w dzieciństwie na lodowisku przecięłam sobie dość boleśnie palec i od tego czasu mam jakieś uprzedzenia. Ale za usilnym namowom mamy ubrałam łyżwy i… ruszyłam. Nawet zdziwiłam się, że tak dobrze mi idzie, ale w końcu nie ma to jak jazda w lecie na rolkach, bardzo podobnych do łyżew ^_^ I tak Yen ślizgała się po lodzie ( ty paskudo, zajeżdżałaś ludziom drogę na złość!, hehe ^^” ) Później była wizyta w Plazie, a tak jest duuża przecena ubrań…Dalszego ciągu wydażeń można się z łatwością domyślić…

I inaczej poprostu stać się nie mogło. Yen z własnej woli chciała zrobić wczoraj naleśniki. Ładnie wyjęła patelnię, położyła ją na palniku, polała olejem i spokojnie wzięła do ręki gazetę. Po jakimś czasie stwierdziła, że olej wystarczająco się rozgrzał. Zaczęła przyżądzać pierwszego naleśnika.”Ale gdzie jest deska, na która będę odkładała moje wyczyny kulinarne?!” zaniepokoiła się. Jednym skokiem znalazła się przy drzwiczkach. Zręcznie uchwyciwszy klamkę otworzyła je. Nie przeraziła się na widok sterty talerzy ani groźnie wyglądających termosów. Ujęła jedną reką teckę, a drugą przygotowywała się do zatrzaśnięcia drzwiczek. Niestety, niesforna deseczka przekrzywiła się w trakcie wyciągania i zaczepiła o stertę talerzyków deserowych; podkreślam były one z podobno bardzo wytrzymałego szkła, ale nawet ono nie pomogło w kontakcie z rządną krwi..tzn szkła, podłogą. Talerzyki z trzaskiem rozpadły się w drobny mak…
Ja juz chyba nigdy nie będę robiła naleśników. Jeszcze trochę oleju kapnęło na palnik dzięki czemu ogień co chwilę wystrzeliwał w górę…


  • RSS